Coraz częściej mam takie dni, że w pracy wszyscy myślą o mnie jak o perpetuum mobile. I do tego jeszcze wielozadaniowym. Znaleźć czas na posiłek jest ciężko, ale nic - szybkie spojrzenie na telefon ze zdjęciem Lauri i jest nowa moc!
Po takim dniu jedyne o czym marzysz to sen. Jednak w domu czeka na Ciebie taka mała istotka, która tęskniła za Tobą i zdajesz sobie sprawę, że trzeba się zebrać w sobie i się nią zająć.
Wbijam kod do domofonu i idę smętnie na pierwsze piętro do naszego mieszkanka. Na parterze słyszę już jak otwierają się drzwi. Wychylam się zza rogu i widzę, ba nawet słyszę!, roześmianą Lauri z MałąŻonką. Ten pisk i śmiech zdejmuje z barków cały ciężar dnia.
Jeszcze jak Lauri była malutka i nie okazywała takiej radości na mój widok - pewnie się zastanawiała: Kto to kurcze jest i czemu tak się cieszy? To kładłem ją sobie na brzuchu i godzinami mogłem na nią tylko patrzeć. Takie marnotrawstwo czasu - ale jakże przyjemne. Godzinę leżysz i się cieszysz jak do maskotki :)
Teraz po ciężkim dniu nawet godzinny spacer nie jest problemem. A spacery z Lauri uwielbiam. Ona jest teraz na etapie zaciekawienia wszystkim dookoła i tak żywo reaguje na każdy nowy przedmiot czy styuację ją otaczającym głośnym - O! No i zaczyna się szkoła tłumaczenia - chociaż pewnie i tak nic z tego nie rozumie, to nic potem jej to powtórzę :)
Chyba muszę zacząć dodawać zdjęcia do postów aby je trochę urozmaicić. Obiecuję poprawę :)
0 komentarze:
Prześlij komentarz